Słodko-gorzki smak emigracji

Do napisania tego postu przymierzałam się od bardzo dawna. Nie jest mi łatwo pisać o „porażkach” i tak naprawdę nie ma się czym chwalić. Stwierdziłam jednak, że czytelnicy bloga zasługują na ten wpis; jestem jako emigrantka niejako im to winna, a więc mam nadzieję, że starczy mi odwagi, aby go opublikować…

Wyjeżdżając do Francji ponad 3,5 roku temu miałam głowę pełną pomysłów. Rzeczywistość emigracyjna jednak dość boleśnie zweryfikowała wiele z moich marzeń i planów. Naiwnie łudziłam się, iż znając świetnie język angielski, mając w kieszeni dyplom magistra jednej z najlepszych polskich uczelni niepublicznych + studia podyplomowe, zawojuję tutejszy rynek pracy. Na początku zimny prysznic pod tytułem „bez znajomości francuskiego daleko nie zajdziesz w kraju nad Sekwaną”, mocno mnie orzeźwił i sprowadził na ziemię. Kilka tygodni po przyjeździe do Francji zarejestrowałam się w tutejszym urzędzie pracy i czekałam na rozpoczęcie pierwszego kursu językowego. Zajęcia wspominam bardzo pozytywnie: wiele się nauczyłam, poznałam ciekawych ludzi i wzbogaciłam się o mnóstwo nowych doświadczeń. Nie było łatwo; nie obyło się bez łez i momentów załamania, dałam jednak radę i uzyskałam certyfikat ukończenia kursu.

Gdy już zaczęłam zadomawiać się w Chalon sur Saone (naszym pierwszym francuskim mieście) i otrzymałam nawet propozycję pracy jako lektor języka angielskiego w jednej ze szkół, w której odbywałam staż, spadła na mnie wiadomość o przeprowadzce do Pontarlier. Nowe miasto (a raczej małe miasteczko), walka z mentalnością głębokiej prowincji, brak znajomych i sieci kontaktów – to wszystko nie napawało optymizmem. Głęboko w pamięć zapadła mi również sytuacja w urzędzie pracy, gdzie miałam wyznaczone spotkanie z przydzieloną mi indywidualnie „panią konsultant”. Jej słowa o tym, iż może powinnam wykasować ze swojego CV informację o tym, iż jestem Polką (ponieważ może to zniechęcać potencjalnych pracodawców), zbiły mnie kompletnie z pantałyku… W pierwszym momencie był szok, później niedowierzanie, a następnie uczucie obrzydzenia do owej „pani konsultant” i całego urzędu. Wiedziałam bardzo dobrze, że Pontarlier, to mała mieścina. Zdawałam sobie sprawę, że szukanie pracy nie będzie tam ani łatwe, ani przyjemne. Nie spodziewałam się jednak takiej „porady” od pani z urzędu pracy. Kiedy opowiedziałam o zaistniałej sytuacji mężowi, teściom, francuskim i nawet polskim znajomym, wszyscy czuli oburzenie i byli zniesmaczeni. Nie chciałam wysuwać pochopnych wniosków i rzucać oskarżeń, ale to właśnie inni Francuzi: moi bliscy i znajomi, powiedzieli mi prosto z mostu, że takie „porady” zakrawają o rasizm i ksenofobię. No cóż, wiadomo, że Francja emigrantami stoi, ale nie spodziewałam się, że w stosunku do obywatelki kraju europejskiego, należącego do Unii, można rzucać takimi „poradami”.

Reasumując: przez lekko ponad 2 lata mieszkania na zapyziałej prowincji w regionie Franche-Comte nie udało mi się znaleźć żadnej stałej pracy. Załapałam się jedynie na wolontariat przy organizacji jednego z festiwali muzyki klasycznej. Atmosfera i nie dający się nie zauważyć „klub wzajemnej adoracji emerytów” podczas mojego wolontariatu, nie były przyjemnym doświadczeniem. Bardzo lubię muzykę klasyczną i obcowanie ze sztuką najwyższego szczebla sprawiało mi wiele radości. Atmosfera panująca jednak wśród wolontariuszy (średnia wieku +65 lat) była naprawdę „ciężka”. Kilka razy usłyszałam nawet komentarze typu: „przecież nie potrzebujemy więcej osób do pomocy” („jesteś tu zbędna = w domyśle).

Emeryci zapoznani podczas organizacji festiwalu oczywiście zadawali mi mnóstwo pytań: gdzie chciałabym pracować, w jakiej dziedzinie, itd. Gdy odważyłam się poprosić niektórych z nich o małą pomoc, na przykład w przekazaniu mojego CV swoim znajomym w merostwie, czy muzeum, wszyscy umywali ręce. Owszem, CV brali ale nic z nim dalej nie robili. Dziś wiem dlaczego. Dla nich, ludzi z Pontarlier byłam po prostu „obca”. Jakaś „Polka”, nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co szuka pracy i jeszcze ma czelność prosić o pomoc. Później zaczęły docierać do mnie słuchy, iż wszystkie stanowiska w mieście obsadzane są po znajomości. No a ja, jako, że byłam tą „obcą”, to nawet pseudo znajomości ze wspomnianymi wyżej emerytami na nic mi się zdały. Nie chcę wnikać w szczegóły i opisywać wielu konkretnych sytuacji, ale uwierzcie mi: jestem osobą otwartą, kontaktową i pełną chęci do pracy. Nie jestem jakimś sobkiem, co to czeka z założonymi rękoma aż praca zapuka do jego drzwi pewnego, pięknego popołudnia. Naprawdę zrobiłam wszystko, aby pracę znaleźć, a fakt, iż mi się to przez ponad 2 lata nie udało, zaliczam do osobistych porażek i klęsk.

Od prawie trzech miesięcy mieszkamy w Dijon, stolicy pięknego regionu jakim jest Burgundia. Lato upłynęło nam pod znakiem przeprowadzki, urządzania się w nowym mieszkaniu, a także sporej ilości wizyt gości z Polski. Dzięki odwiedzinom przyjaciół i rodziny nabrałam wiatru w żagle i poczułam, że mogę wszystko. Nowe, duże miasto, a co się z tym wiąże – wiele wspaniałych możliwości. Niestety znowu czuję spadek formy i momenty załamania… Dlaczego? A no dlatego, że zaczęłam intensywnie szukać pracy w Dijon i okolicach, wysłałam kilkadziesiąt CV, a telefon nadal milczy. Wiem, wiem: powinnam wysłać kilkaset aplikacji, a potem narzekać, ale uwierzcie mi, że wcale nie jest fajnie otwierać pustą skrzynkę mailową i nie słyszeć dzwoniącego telefonu.

Podobno tylko winny się tłumaczy. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Czasami trzeba wyjaśnić, podać na tacy swoje argumenty i dopiąć sprawę do końca. Co robiłam (i nadal robię) aby znaleźć pracę? Zapoznajcie się z poniższą listą:

  • jestem zarejestrowana w urzędzie pracy (niewiele to wniosło w moje życie, ale odbyłam dzięki w/w urzędowi 2 kursy językowe i 3 krótkie staże)
  • codziennie przeglądam strony internetowe z ogłoszeniami i wysyłam swoje aplikacje
  • śledzę ogłoszenia w lokalnej prasie (i wysyłam aplikacje)
  • bacznie obserwuję witryny butików i sklepów w poszukiwaniu informacji, iż może akurat potrzebują kogoś do pracy
  • wysyłam mnóstwo tzw. kandydatur spontanicznych
  • pytam znajomych i dalszych znajomych; opowiadam im o mojej sytuacji
  • moje CV i listy motywacyjne były wielokrotnie sprawdzane i analizowane przez osoby, które zajmują się zawodowo rekrutacją
  • roznoszę swoje aplikacje osobiście do miejsc, w których chciałabym pracować
  • szukam ewentualnych kursów czy szkoleń, które mogłyby podnieść moje kwalifikacje
  • zarejestrowałam się na stronie LinkedIn, aby nawiązać kontakty i „pokazać się” światu od strony zawodowej

Myślę więc, że robię naprawdę sporo, a efektów nie ma żadnych. Szukanie pracy, jak to powiedziała moja przyjaciółka, to zajęcie na cały etat. Szkoda tylko, że nikt za to nie płaci i nie bierze tej drogi przez mękę pod uwagę.

Po co o tym wszystkim piszę? Dlaczego w końcu odważyłam się zamieścić ten post? Z kilku powodów. Po pierwsze, chciałabym uświadomić innym „naiwnym marzycielom” jak ja, że wyjazd do Francji na stałe wcale nie jest szlakiem usłanym różami. Nawet znajomość angielskiego na poziomie C1 czy C2, dyplom najlepszych polskich uczelni i chęć do pracy nie gwarantują żadnego sukcesu. Poza tym, gdyby nie fakt, iż moja emigracja podyktowana była wyjazdem za miłością i dla ukochanego mężczyzny, który od ponad 3 lat jest już mężem, w życiu nie wybrałabym Francji dobrowolnie jako cel swojego wyjazdu. Nie znając języka rzuciłam się na głęboką wodę, zapominając, że pełno w niej rekinów, wysokich i niebezpiecznych fal, a ja dość kiepsko pływam.

Nie piszę tego postu, aby zniechęcić osoby marzące o wyjeździe do Francji. Pamiętajcie jednak, że ten piękny kraj, to nie tylko romantyczny Paryż, piękne plaże Lazurowego Wybrzeża, czy wyśmienite wina. To kraj oparty na idiotycznej biurokracji, uprzedzeniach do „obcych” i segregowaniem ludzi pod względem ich pochodzenia.

Ponadto nie raz i nie dwa przekonałam się jak ważne w znalezieniu zatrudnienia we Francji są znajomości i kontakty. Nie chodzi tu o korupcję, kolesiostwo czy nepotyzm. Francuzi po prostu polecają się nawzajem, przekazują swoje CV znajomym, a ci dalej swoim kolegom i tak pocztą pantoflową wielu z nich znajduje pracę. Nie widzę w tym nic złego. Sama staram się korzystać z garstki znajomości, które posiadamy z mężem. Niestety fakt, iż co jakiś czas się przeprowadzamy, zmieniamy miasto, mój mąż pracę (ta sama firma, ale nowy zespół i obowiązki), absolutnie nie działa na naszą korzyść jeżeli chodzi o nawiązywanie relacji międzyludzkich. W Dijon mieszkamy od prawie 3 miesięcy, a znajomych nie mamy praktycznie wcale. Owszem, koledzy z pracy męża czasami zorganizują jakieś wyjście czy apero, ale na tym się kończy. Przyjaciół nie znajdzie się na siłę i ot tak po prostu. Takie życie.

Za niecałe pół roku skończę 32 lata. W moim CV hula wiatr. Nie żałuję decyzji o emigracji ponieważ mam najcudowniejszego męża na świecie, ale nie chcę być tylko „żoną przy mężu”. Póki jeszcze jestem młoda, to marzę o tym, aby coś w życiu osiągnąć. Dawno już porzuciłam plany o pracy w międzynarodowych korporacjach. Znacznie też obniżyłam swoje wymagania i ambicje. Uwierzcie mi, że zdarzyło mi się aplikować na stanowiska znacząco poniżej mojego wykształcenia i ambicji. Nie przebieram, nie wybrzydzam, a pracy nie mam. Nie piszę tego po to, abyście mi współczuli czy się nade mną litowali. Nie potrzebuję tego. Piszę to wszystko po to, aby Wam pokazać, że emigracja to cholernie ciężki kawał chleba i nie zawsze jest różowo.

Znam sporo innych Polek (osobiście lub utrzymujemy kontakty mailowe), które jak ja przyjechały do Francji dla swoich partnerów/ mężów. Część z nich latami szukała pracy, nawet bardzo dobrze znając język. Inne założyły swoje działalności, radzą sobie świetnie, rozwijają swoje małe biznesy i odnalazły się wyśmienicie na francuskiej ziemi. Myślę, że miały dużo szczęścia oraz wsparcia znajomych, którzy nieco pomogli w znalezieniu pracy czy założeniu swojego biznesu. Ja też mam świetny pomysł na biznes, ale przez najbliższe lata mogę o nim zapomnieć. Czekają nas kolejne przeprowadzki, a biznes, o którym marzę, to coś stacjonarnego. Mam nadzieję, że do czasu aż osiądziemy gdzieś na stałe starczy mi sił i wytrwałości, aby do tego pomysłu wrócić. Nie chcę się wdawać w szczegóły, gdyż jest to póki co kwestia marzeń i dalekosiężnych planów. Jeżeli kiedykolwiek uda mi się osiągnąć mój cel, na pewno się o tym dowiecie na blogu.

Mam nadzieję, że ten post nie zostanie odebrany jako narzekanie znudzonej żony i malkontentki. Chciałam po prostu być szczera z czytelnikami bloga i nie owijać w bawełnę. Uwierzcie mi, że naprawdę dość długo biłam się z myślami czy publikować ten wpis. Mam nadzieję, że swojej decyzji nie będę żałować ;)

Reklamy

23 myśli nt. „Słodko-gorzki smak emigracji

  1. Dziekuje Ci za ten wpis. W Aix moje początki były podobne. Najpierw zaczynalam uczyć się języka, potem rejestracja w Pole emploi, zrobiłam staż w hotelu i nadal szukałam. W końcu miałam dwa etaty (ponizej moich kwalifikacji) i jeszcze czas na wolontariat. Podobnie jak u Ciebie zmieniliśmy miejsce zamieszkania ( ta sama firma, ale inny projekt męża) i zaczęłam od nowa. Paryż wiadomo, że jest większym miastem, ale i konkurencja jest większa. Wysłałam od początku roku prawie setkę CV i naprawdę byłam załamana. Teraz od jakiegoś czasu mam pracę ( poniżej moich kwalifikacji) i wierzę, że będzie coraz lepiej. Pozdrawiam Cię i głowa do góry.

    Lubię to

    • Bardzo dobrze rozumiem przez co musiałaś przejść. Cieszę się jednak niezmiernie, iż udało Ci się znaleźć pracę w Paryżu (nawet poniżej Twoich kwalifikacji). CV wysyłam na stanowiska, na które raczej w PL bym się nie zdecydowała. Łatka emigranta robi jednak swoje.i nie ma co wybrzydzać ;) Dzięki za słowa otuchy i również powodzenia w stolicy :)

      Lubię to

  2. Hej nic dodac nic ujac ja rowniez uwazam ze emigracja do Francji to nie tylko piekny paryz ktorym wszyscy sie zachwycaja. Dodam od siebie tylko tyle ze slyszalam ze we francji liczy sie doswiadczenie jesli go nie masz ciezko z praca. Najlepiej szukac stazu, i modlic sie by cie po nim wzieli. Mialam kolezanke ktora zrobila staz na kasie w carrfeur po stazu powiedzieli ze super ale ze jednak nie mowi perfekcyjnie po francusku, mimo iz staz trwal 3msc chyba. Wkurzyla sie zlozyla podanie do tego samego carrfura tylko zaniosla swoje cv i dostala ta robote. Niewiem Oco w ty chodzilo no ale. To wiem napewno ze francuski trzeba umiec, z angielskim to co najwyzej mozesz sobie kawe w hotelu zamowic :p bo w centrum miast czesto ludzie nie mowia po angielsku

    Lubię to

    • Witaj, kilka razy na blogu na przestrzeni lat pisałam o tym jak ważna jest znajomość francuskiego nad Sekwaną. Po tym jak dostałam ostrego kopniaka w tyłek od rzeczywistości i spadłam z hukiem na ziemię zdając sobie sprawę, że mój naprawdę świetny angielski, to ja mogę sobie zatrzymać dla siebie bo we Francji liczy się tylko francuski. Owszem, znajomość angielskiego czy niemieckiego jak najbardziej może się przydać, ale bez języka Francuzów, to za daleko się tutaj nie zajedzie ;)
      Co do staży, to udało mi się odbyć 3 dzięki temu, że byłam uczestnikiem kursu językowego organizowanego przez urząd pracy. We Francji trzeba posiadać tzw. umowę stażu (une convention de stage). Aby w ogóle otrzymać ten dokument należy być uczniem (słuchaczem) jakiejś szkoły, formacji i dana instytucja wydaje umowę stażu, która podpisywana jest właśnie pomiędzy konkretnym pracodawcą, a uczelnią/ szkołą/ formacją. Ot tak z ulicy na staż się raczej nikt nie dostanie.
      Cieszę się, że Twojej koleżance udało się znaleźć pracę :) Takie informacje dają nadzieję. Pozdrawiam serdecznie!

      Lubię to

  3. Mysle, ze wiekszosc z nas, mieszkajacych we Francji przechodzilo podobne perypetie niestety. Ja tylko zapytam : jesli z takiego czy innego wzgledy nie chce Ciebie przyjac do pracy, dlaczego nie zarejestrujesz wlasnej dzialalnosci np jako auto entrepreneur i nie udzielasz lekcji jezyka angielskiego na wlasna reke? Ja tak zrobilam i nie zaluje! Polecam!

    Lubię to

  4. W pełni podzielam twój wpis Magda.Znalezienie pracy nawet w Paryzu to nic prostego.Owszem tutaj stosunkowo łatwo zostać opiekunka do dzieci itp.Ale juz znalezienie pracy z większymi kwalifikacjami to istna batalia. Mnie, nie bede kłamać , udało sie znaleźć prace dzięki mojemu mężowi,ktory mnie polecił na uczelni.Oczywiscie juz znałam język na troche wyższym poziomie. Sama szukałam pracy przez rok i nawet we francuskich butikach nie myło mowy.Istnieje tez spora dyskryminacja związana z wiekiem i myśle ze po przekroczeniu 35 lat jest duzo ciężej.Ale absolutnie nie można sie załamywać,bo o znalezieniu pracy często decyduje przypadek! Uważam,ze świetny jest w twoim wypadku pomysl pracy jako auto entrepreneur I to na pewno zadziala.Trzymam kciuki jak zawsze.

    Lubię to

  5. Dobrze Cie rozumiem. Na szczescie wmojej wsi , zostalismy przyjeci dobrze) Nie przez wszystkich, niektorzy do dzis nie mowiia mi bonjour(mieszkamy tu 6 lat).
    Moj dobry znajomy, doskonale znajacy francuski i angielksi, po siwetnej francuskiej , prestizowej szkole i tak wybral ..Londyn. Bo francuska mentalnosc, to zadzieranie nosa, nie odpowiadaly mu.
    Trzymaj sie!

    Lubię to

  6. Bardzo fajnie, że to napisałaś, bo niektórym wydaje się, że we Francji życie usłane jest różami a praca leży na ulicy i czeka aż ktoś się na nią zecyduje. No cóż, w regionie paryskim można znaleźć pracę, ale często jest to praca poniżej kwalifikacji. Ja proponowałabym Ci dowiedzieć się w urzędzie pracy o jakieś kontrakty typu CUI, dla kogoś, kto ma w karierze zawodowej sporą lukę, lub założyć własną działalność i udzielać lekcji chociażby przez skype.. Trzymam kciuki!

    Lubię to

    • Grugrubelble, wlasnie miedzy innymi po to byl ten wpis – aby pokazac, ze zycie na emigracji wcale nie jest ani latwiejsze, ani piekniejsze niz np. w Polsce. Dziekuje za porady :) W koncu cos sie ruszylo i niedlugo zaczynam nowy rozdzial w zyciu zawodowym :) Pozdrawiam serdecznie!

      Lubię to

  7. Życzę Ci powodzenia i mam nadzieję los się wreszcie odwróci ! Sama właśnie zastanawiam się nad wyjazdem, ale do Niemiec. Ćwiczę właśnie niemiecki z kursem metodą Emila Krebsa, żeby komunikacyjnie go podciągnąć i na podstawowe tematy się dogadać. Chciałabym właśnie uniknąć takiej sytuacji.. ale niestety życie jest nieprzewidywalne. Wydaje mi się, że jest tak ciężko, bo mieszkasz w małej mieścinie. Na pewno w większym mieście było by łatwiej. Nie poddawaj się|!

    Lubię to

    • Halinko, sprawy sie troche u mnie pozmienialy (na lepsze) a wiec i Tobie zycze powodzenia w Niemczech! Co do Dijon, to mala miescina go nazwac nie mozna, a tak naprawde to jak na francuskie realia, to dosc duze miasto i stolica regionu :)

      Pozdrawiam serdecznie i powodzenia!

      Lubię to

  8. Dzięki za ten post. Moja historia jest podobna i w temacie praca bez happy endu. A jestem w kraju, w którym on nią jest trudniej. To właśnie cena za emigrację z powodów osobistych i tak samo nią zapłaciłam. Na szczęście możemy prowadzić blogi, wspierać się i rozwijać na nich umiejętności z tego co najbardziej lubimy. Najbardziej nie lubię gdy ktoś długo niewidziany zadaje mi pytanie „Czy pracujesz?” Odpowiadam, że o wartości człowieka nie decyduje praca i urzyteczność a jakość życia, co robi, jakie ma wartości i kim jest. Po latach to zrozumiałam i żyje się z tym o wiele lepiej, bez komplekasów i poczucia winy. Pracy brak nie dla tego, że nie mamy kwalifikacji ale że gospodarka się zmienia i potrzebuje mniej ludzi. Pracować będą za nas maszyny i praca będzie dobrem rzadkim. Na szczęście pojawiają się pomysły na bezwarunkowu dochód gwarantowany jako jedyne wyjście, który wspieram. Niech maszyny za nas pracują a my róbmy to do czego jesteśmy stworzeni. Rozwojajmy swoje pasje, spędzajmy czas z dziećmi, zajmujmy się sztuką, wymyślajmy nowe rzeczy i pomagajmy innym. Mam nadzieję, że tak będzie wyglądać nasza przyszłość, do której prowadzi postęp. Ziemia ma wystarczająco zadobów by zaspokoić wszystkich i każdy ma do nich prawo. Pieniądze powinny być przypisane konsumentowi a nie pracownikowi, bo to on decyduje o zakupie. W grze w monopol każdy gracz zaczyna z określoną ilością gotówki. Więc czemu my w realu zaczynamy z zerem? Kiedyś ludzie marzli o zniesieniu niewolnictwa, rasizmu i równouprawnieniu kobiet. To wszystko stało się realne. Więc teraz jest czas na wolność ekonomiczną. Warto zainteresować się tematem.
    Pozdrawiam

    Lubię to

  9. To ja się też dopiszę do tego „klubu bezrobotnych” ;-) 6 lat we Francji, nauka języka od zera, wciąż bez pracy. Ja nie czuję dyskryminacji, może dlatego, że w naszym regionie jest dużo „starych” imigrantów z Pl, z czasów okołowojennych i praktycznie każdy ma w rodzinie jakiegoś Polaka. Dużo polskich nazwisk, ale nawet nie potrafią ich prawidłowo wypowiedzieć.
    Ostatnio się dowiedziałam w Pole Emploi, że musiałabym zrobić kurs, chyba tygodniowy, aby zostać opiekunką do dziecka. To nic, że mam podyplomowe między innymi z pedagogiki. Ale i tak odpada, bo mieszkam w apartament i mam psa! A pies jest strasznie méchant – dzieci doprowadza do łez, ze śmiechu :-)
    Kiedy zamknęli firmę mojego męża, to byłam bliska załamania. Na szczęście nowy pracodawca sam go znalazł. Ma teraz pracę którą jeszcze bardziej lubi i świetną atmosferę. Miał szczęście, czego nie można powiedzieć o 80% jego kolegów – Francuzów – z poprzedniej pracy, wciąż na bezrobociu. Jeśli chodzi o mnie, ja to wszystko czarno widzę i prowadzę bloga, żeby już całkiem nie zwariować. Pozdrawiam! :-)

    Lubię to

  10. Pingback: Jest praca! | Polka we Francji

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s