„Sekrety francuskiej kuchareczki”, czyli życie pełne niespodzianek

Odkąd stałam się emigrantką i rozpoczęłam zupełnie nowy rozdział w swoim życiu, bardzo często zdarzało mi się sięgać po powieści opowiadające historie kobiet, które tak jak ja, postanowiły zamieszkać na francuskiej ziemi. Interesował mnie ich punkt widzenia, ich doświadczenia i zmagania z nową rzeczywistością. Ostatnimi czasy  w moje ręce trafiła jednak książka pt. „Sekrety francuskiej kuchareczki” Marie-Morgane Le Moel. Opowiada ona o losach pewnej Francuzki, która najpierw wyjeżdża do Montrealu, a później do Australii, aby podbijać wielki, nieznany świat. Książka w polskiej wersji ukazała się dzięki Wydawnictwu Kobiecemu, które jest dość nową propozycją na rynku rodzimych oficyn.

Marie-Morgane w zabawny i błyskotliwy sposób opisuje wiele przygód ze swojego dzieciństwa, czasów dorastania, okresu studiów, a następnie przelewa na karty swojej książki doświadczenia zebrane na stażu w Montrealu i późniejszym pobycie w Australii. Książka podzielona jest na krótkie rozdziały, które są ze sobą oczywiście chronologicznie powiązane i krok po kroku opisują życie lekko zwariowanej Francuzki. Na końcu każdego rozdziału znajdziemy przepisy na bardziej lub mniej popularne dania francuskiej kuchni, która stała się pasją naszej bohaterki. Rozłąka z krajem ojczystym i podróże w odległe zakątki świata na dłużej, stają się niejako „zapalnikiem”, które wskrzeszają iskrę kulinarnych podbojów w życiu Marie. Przebywając z dala od rodzimego kraju, od bliskich i rodziny, nasza bohaterka chcę zachować w sobie cząstkę „francuskości” w sercu, a więc bierze się dzielnie za przygotowywanie francuskich potraw. Dzięki rozmowom ze swoją mamą Madeleine, zgłębia tajniki jednej z najlepszych i najbardziej wyrafinowanych kuchni na świecie i przenosi je w swój realny świat na drugim końcu globu.

Książka Marie-Morgane Le Moel jest bardzo sympatyczną i lekką lekturą na długie (cały czas jeszcze zimowe) wieczory. Nie jest typową powieścią ale raczej zbiorem krótkich opowiadań/ historii okraszonych łatwymi przepisami dań z kraju nad Sekwaną. Jeżeli macie więc ochotę poznać sympatyczną i lekko zwariowaną Marie-Morgane oraz przeżyć z nią wiele zabawnych przygód, to koniecznie sięgnijcie po te książkę. Francuskie emocje gwarantowane :)

Nakładem Wydawnictwa Kobiecego ukazała się również inna pozycja tej samej autorki, a mianowicie „Cała prawda o Francuzkach”. Nie miałam przyjemności jeszcze czytać tej książki, ale nie omieszkam po nią sięgnąć. Dlaczego? Wiele recenzji, które udało mi się znaleźć w internecie świadczy o tym, iż NIE JEST to kolejny poradnik w stylu „jak stać się bardziej francuską od rodowitych Francuzek”, co mnie niezmiernie cieszy. Wszelkie pseudo-poradniki dotyczącego paryskiego szyku i francuskiego stylu traktuję zawsze z dużą dozą rezerwy i staram się je omijać szerokim łukiem, gdyż są tak wypełnione stereotypowymi sloganami, że aż robi się po prostu śmiesznie. W książce Marie-Morgane Le Moel o francuskich kobietach można podobno znaleźć wiele odniesień do rzeczywistych postaci historycznych przedstawicielek płci pięknej, co moim zdaniem może jak najbardziej realnie pokazać to, jakie Francuzki były i są naprawdę.

Znacie może już twórczość Marie-Morgane Le Moel? Jeżeli tak, to jestem bardzo ciekawa Waszych opinii i komentarzy. Jeżeli nie, to zachęcam do sięgnięcia po „Sekrety francuskiej kuchareczki”. Na pewno nie raz uśmiejecie się zacnie, a przy okazji odkryjecie wiele sekretów francuskiej kuchni.

 

20160302_164423

Hop, hop! Jest tam kto?

Wiem, że dziś każdy jest zabiegany i czas pomiędzy pracą, domem i drobnymi przyjemnościami naprawdę trzeba dzielić prawie, że z kartką i długopisem w ręku. Kiedy miałam 8-10 lat dni ciągnęły się jak przysłowiowe „flaki z olejem” i zawsze czekałam na weekend czy wakacje, aby móc spędzać czas na robieniu tego, na co mam ochotę. Odkąd skończyłam studia i zaczęłam pracować dotarło do mnie, że postrzegam mijanie czasu zupełnie inaczej niż jeszcze kilka, czy kilkanaście lat wcześniej. Dziś natomiast nie wiem jak, kiedy i gdzie mijają godziny, dni i tygodnie, a przed chwilą dotarło do mnie, że dosłownie jakby wczoraj były święta Bożego Narodzenia, a za chwilę przewrócę kartkę z kalendarzem na tą z napisem „MARZEC”. Czy Wy też tak macie?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Chyba przede wszystkim po to, aby się niejako usprawiedliwić brakiem nowych wpisów na blogu. Podziwiam inne blogerki, które mimo natłoku obowiązków, zajmowania się dziećmi, pracą na etacie i rozwiązywaniem setek różnych przyziemnych problemów dziennie, znajdują czas i energię na regularne pisanie i aktualizowanie informacji na swoich blogach. Może w moim przypadku wszystko wynika z braku dobrej organizacji czasu, ale uwierzcie mi, że odkąd znowu zaczęłam pracować, ciężko mi się ogarnąć w wielu kwestiach… Niestety zmorą pracy w handlu są bardzo zróżnicowane godziny wyjść i powrotów do domu, a co za tym idzie – brak konsekwencji, schematyczności i regularności. Może właśnie po to piszę tego posta, aby samą siebie zmobilizować do tego, by lepiej zarządzać swoim czasem i umieć jakoś wszystko poskładać w całość.

A jak Wy sobie radzicie z ogarnianiem rzeczywistości? Udaje Wam się w jakiś magiczny sposób pogodzić domowe obowiązki, pracę, życie towarzyskie i pisanie bloga (bądź poświęcanie czasu na inne Wasz hobby)?

Na pewno do końca przyszłego tygodnia na blogu ukaże się recenzja jednej z nowych książek z Francją i francuskimi klimatami w tle. Tyle mogę Wam obiecać póki co ;) Pomysłów na inne posty również mam sporo, oby tylko ten CZAS, którego jakoś jest tak mało, mi na to pozwolił ;)

Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu!

Już niedługo, już za momencik!

Drodzy Czytelnicy bloga!

Korzystając z okazji, iż Nowy Rok już za kilkadziesiąt godzin, chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia! Niech Wam się szczęści, niechaj zdrowie i dobry nastrój nigdy Was nie opuszczają, a na Waszym niebie zawsze świeci piękne słońce! Życzę Wam również, aby Nowy Rok przyniósł Wam wiele pozytywnych wyzwań i aby spełniły się Wasze najskrytsze marzenia :)

Z reguły nie zaprzątam sobie głowy postanowieniami noworocznymi ale tym razem zrobiłam wyjątek i mam swoją mała listę. Jednym z punktów jest między innymi częstsze umieszczanie wpisów na blogu. Czy uda mi się zrealizować to postanowienie czas pokaże. Mogę Wam obiecać, że będę bardzo się starać :)

Trzymajcie się ciepło i szampańskiej zabawy w sylwestrowy wieczór!

Jest praca!

Na początku września napisałam bardzo osobisty i szczery post o moich zmaganiach z poszukiwaniem zatrudnienia na francuskiej ziemi (jeżeli nie czytaliście, to zerknijcie tutaj). Nie było łatwo, nie było wesoło ale w końcu udało mi się znaleźć stałą pracę z czego bardzo się cieszę. Taka odmiana w życiu „zawodowym” na pewno poprawiła mój nastrój oraz dodała skrzydeł, ale… No właśnie, zacznijmy od początku.

Jeżeli kiedykolwiek stawiałabym w swoim życiu na „robienie kariery”, to nigdy nie rzuciłabym pracy w warszawskiej korporacji, aby wyjechać do Francji bez znajomości języka, a tym samym rzucając się na pożarcie rekinom. Wiele razy pisałam o tym już na blogu ale podkreślę, to jeszcze raz: jeżeli marzycie o emigracji do Francji, to najpierw zainwestujcie w naukę języka – bez znajomości francuskiego choćby na poziomie B1/ B2 nie będziecie mieli szansy na lepszą pracę. Niestety Francuzi są bardzo oporni jeżeli chodzi o używanie języków obcych, a więc chcąc się z nimi porozumieć, a tym samym znaleźć pracę, musicie mówić po francusku! Nie da się przeskoczyć tej bariery, no chyba, że trafi Wam się okazja na zatrudnienie w międzynarodowej korporacji, dajmy na to w Paryżu, gdzie znajomość angielskiego jest wystarczająca do podjęcia pracy. Nie ma co jednak marzyć o tym, że nie znając francuskiego wiele się tutaj zdziała. Język, to podstawa podstaw, a więc nie zapominajcie o tym planując wyjazd na stałe do Francji.

Powracając jednak do głównego tematu tego wpisu: tak, w końcu udało mi się znaleźć pracę. Czy jest to zajęcie moich marzeń i snów? Absolutnie nie. Czy spełniam i się rozwijam w mojej pracy? Również odpowiem, że nie. Dlaczego więc przyjęłam tą pracę? Z jednej, podstawowej przyczyny: była to jedyna propozycja jaką otrzymałam, a kierując się myśleniem, że chciałabym zdobyć doświadczenie na francuskiej ziemi, a tym samym dodatkowy punkt w CV, przeważyły szalę i przyjęłam propozycję. Pracuję jako sprzedawca w jednym z dużych sklepów znanej na całym świecie marki odzieżowej, na 3/4 etatu. Gdyby ktoś mi powiedział pod koniec studiów, że mając prawie 32 lata będę pracować jako sprzedawca w sieciówce, to poczułabym się urażona. Dziś, po latach bardzo zweryfikowałam swoje marzenia, plany i po prostu realia rynku oraz mojej sytuacji jako emigrantka. W Polsce raczej nie szukałabym zatrudnienia w handlu ale jako Polka na obcej ziemi, znacznie zaniżyłam swoje ambicje.

Spotkałam się z pytaniami typu: masz BAC + 6 (matura + mgr + studia podyplomowe), mówisz w trzech językach, a pracujesz jako sprzedawca w sklepie z ciuchami? No tak moi drodzy… Czy traktuję tą pracę jako ujmę i cofnięcie się jeżeli chodzi o rozwój kariery? Absolutnie nie, gdyż w ogóle nie myślę w takich kategoriach. Po prawie 4 latach emigracji wiem jedno na pewno: we Francji liczy się konkretny zawód, doświadczenie i… sieci kontaktów. Zawodu nie mam niestety nad czym boleję zresztą już od ponad 7 lat, kiedy to uzyskałam tytuł magistra. Co mi z tego, że skończyłam kulturoznawstwo na jednej z najlepszych, niepublicznych uczelni w Polsce jeżeli oprócz mgr przed nazwiskiem te studia nie dały mi żadnych konkretów? Owszem, były bardzo ciekawe, wiele się nauczyłam, otworzyłam, chłonęłam, poznałam fantastycznych wykładowców, itd., ale nie mam zawodu. Z tego też powodu nie miałam zbyt wielu możliwości jeżeli chodzi o znalezienie zatrudnienia we Francji. Wiem, że wielu Polakom się udaje, mają świetne prace, zawody i robią zawrotne kariery, ale ja nigdy nie należałam do osób, którym sprzyja szczęście, czy do osób, którym się wszystko w życiu udaje. Poza tym cały czas zdaję sobie sprawę z tego, że mój francuski nadal wymaga sporo pracy, szczególnie w pisowni i przy nadrobieniu zaległości gramatycznych. Mówię bez problemu, wszystko rozumiem, ale aby pracować np. w jakimś biurze, uważam, że nie jestem jeszcze wystarczająco kompetentna i „lotna” jeżeli chodzi o poziom znajomości języka. Nad tym oczywiście cały czas pracuję i mam nadzieję, że niedługo poczuję się znacznie pewniej jeżeli chodzi o pisanie. Póki co, jest jak jest i cieszę się, że udało mi się znaleźć stałe zatrudnienie.

Jakie są plusy i minusy mojej pracy? Zerknijcie:

+ praca w młodym, prężnym zespole

+codzienne obcowanie z językiem francuskim, a tym samym wzbogacanie swojego słownictwa, chociażby o nazwy materiałów czy rodzajów ubrań, butów, fasonów, itd.

+ sam fakt, iż w końcu mam pracę, dni mają rytm, wychodzę z domu i czuję się komuś potrzebna zawodowo

+ na pewno wiele się nauczyłam o pracy w tak wielkim sklepie i dowiedziałam się jak funkcjonuje tego typu machina „od kuchni”

+ no i mam zniżki na zakupy w swoim sklepie, co jest chyba jedną z fajniejszych kwestii ;)

– pierwszym minusem jest chociażby fakt, że to praca na 3/4 etatu, a nie w pełnym wymiarze godzin

-każdego dnia i każdego tygodnia mam inne godziny pracy, zaczynam i kończę o różnych porach, a więc nie zawsze łatwo jest cokolwiek zaplanować, a poza tym rytm takiego poszatkowanego grafiku nie jest moim zdaniem zaletą

– możliwości rozwoju w strukturach firmy oczywiście istnieją, ale proces awansowania jest bardzo długotrwały, wiążę się z mnóstwem szkoleń, a potem zdawaniem egzaminów (!!!). Niektórzy sprzedawcy w moim sklepie pracują na tym samym stanowisku od co najmniej 4-5 lat, a perspektyw na awans ani widu, ani słychu. Smutne to raczej.

-wynagrodzenie jest bardzo kiepskie jak na francuskie realia, ale zdawałam sobie sprawę od początku, że jako początkujący sprzedawca nie zarobię kokosów. Staram się nadrabiać dodatkowymi godzinami czy np. zgłosiłam się do pracy w dwie niedziele grudnia, aby sobie trochę podreperować wypłatę. Nie ma co się jednak oszukiwać: w zawodzie sprzedawcy nie dorobisz się milionów ;)

-codziennie robię w kółko to samo, a więc jest to praca dość monotonna, nieco „automatyczna”, a do tego stresująca (klienci bywają naprawdę rożni, a do tego gdy ma się do czynienia z pieniędzmi bezpośrednio, trzeba bardzo uważać i mieć się na baczności – moja firma nie toleruje zbytnio manka w kasie na przykład i za trzy takie wpadki, dostaje się pisemną naganę do akt)

Tak jak pisałam wyżej: cieszę się, że w końcu udało mi się znaleźć pracę, do tego dzięki kandydaturze spontanicznej (une candidature spontanee), którą zostawiłam na niewiele licząc. Po tygodniu zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, a nazajutrz otrzymałam wiadomość, że zostałam przyjęta. Pracę zaczęłam pod koniec września, a więc za kilka dni miną 2 miesiące odkąd zasiliłam szeregi wielkiej sieciówki w Dijon.

Czy żałuję swojej decyzji? Nie ponieważ mam w końcu zatrudnienie i sporo się w moim życiu zmieniło. Czy chcę się rozwijać w strukturach firmy? Absolutnie nie, gdyż handel to na dłuższą metę kompletnie nie moja bajka. Poza tym nie podoba mi się sporo kwestii jeżeli chodzi o tego typu branżę i politykę firmy, a więc nie, nie mam zamiaru zagrzewać tam miejsca na dłużej. Co będę robić za rok czy dwa? Jeszcze tego nie wiem, ale jedno jest pewne: póki nie jestem jeszcze taka stara (LOL), to chciałabym zdobyć jakiś konkretny zawód czy fach. Chodzi mi po głowie kilka pomysłów, ale czy cokolwiek z tego wyniknie? Czas pokaże :)

Wierzcie w siebie, nie poddawajcie się, a zobaczycie, że w końcu uda Wam się zmienić coś w swoim życiu. Uwierzcie mi, że nie było mi łatwo być „bezrobotną”, ale nie poddałam się, walczyłam i w końcu udało mi się coś ugrać. Tak jak pisałam w jednym z pierwszych akapitów, nie jest to zatrudnienie moich marzeń i snów, ale ważne, że JEST – na dobry początek mojej ścieżki zawodowej na francuskiej ziemi ;)

Wszystkim szukającym życzę powodzenia i nie poddawajcie się!

Dobrej nocy :)

Liebster Blog Award – kolejne wyroznienie

Bardzo mi milo, iz po raz kolejny zostalam nominowana do tej sympatycznej zabawy, w ktorej z przyjemnoscia wezme udzial :) Tym razem do Liebster Blog Award nominowala mnie Lawenda z bloga Przystanek Paris Café. Za wyroznienie serdecznie dziekuje i zachecam przy okazji do odwiedzenia bloga Lawendy.

Oto pytania i moje odpowiedzi:

Kawa czy herbata?

Kazdego poranka duza kawa z mlekiem owsianym badz ryzowym, a w dlugie jesienne wieczory goraca herbata z miodem, cytryna i imbirem na rozgrzewke ;)

Twoj ulubiony moment dnia?

Mam chyba dwa takie momenty, ktore lubie najbardziej: chwila kiedy wracam do domu po pracy i moge zajac sie wieloma rzeczami, na ktore mam ochote i ktore sprawiaja mi frajde oraz chwila kiedy moj maz wraca z pracy i od progu mowi, ze kolacja pieknie pachnie! PS Tak, tak – udalo mi sie w koncu znalezc prace ale o tym w kolejnym poscie :)

Jak wyglada Twoj poranek?

Chyba bardzo standardowo: kawa, prysznic i wmuszenie w siebie miseczki owsianki (z rana nigdy nie mam apetytu wiec walcze ze soba dla zdrowia oczywiscie).

Najpiekniejsze miejsce w jakim bylas?

Nie jestem w stanie niestety podac jednego i konkretnego gdyz wiele miejsc, ktore udalo mi sie odwiedzic uwazam za piekne, interesujace i godne zobaczenia. Na pewno zakochalam sie w Rzymie, uwielbiam rowniez energie i ped Nowego Jorku, a tak poza tym to jestem ciagle pod ogromnym wrazeniem gor Jura, ktore zdeptalismy podczas naszego mieszkania w Pontarlier. W Polsce uwielbiam Warszawe choc jej piekno moze byc dla niektorych dosc kontrowersyjna kwestia ;) No i Podlasie – tam czas sie jakby zatrzymal, mozna pooddychac swiezym, czystym powietrzem, nacieszyc oczy pieknem natury i zjesc wiele pysznych, regionalnych potraw jak chocby babka ziemniaczana.

Czym jest dla Ciebie spelnienie?

Spelnienie jest dla mnie czyms, do czego nieustannie daze i co nie zawsze okazuje sie takie proste i oczywiste. Spelnieniem na pewno bedzie znalezienie dla siebie odpowiedniej sciezki zawodowej i dazenie do wyznaczonych sobie celow na przekor przeciwnosciom losu.

Twoj sposob na skuteczna nauke jezyka obcego?

Zawsze powtarzam, iz gramatyka jest „kregoslupem” kazdego jezyka i niestety bez niej ani rusz. Tak czy siak francuski wpadal mi w ucho niejako samoistnie przez fakt, iz mieszkam we Francji od prawie 4 lat. Nie jestem w stanie podac sprawdzonego sposobu, ale jedno wiem na pewno: dla chcacego nic trudnego. Osluchiwanie sie z jezykiem dzieki audycjom radiowym, filmom, a takze poprzez przebywanie z rodowitymi Francuzami na pewno bardzo duzo mi dalo. Jak wspomnialam jednak na poczatku, do gramatyki tez trzeba usiasc i wykonac setki, jak nie tysiace czasami bardzo nudnych i irytujacych cwiczen, ale warto i innego wyjscia nie ma ;)

Twoje najwieksze marzenie?

Zachowam dla siebie, gdyz jestem niestety dosc przesadna i chcialabym aby sie spelnilo ;)

Twoj sposob na stres?

Na pewno rozmowa z bliskimi, poczucie, ze na ich wsparcie i zrozumienie zawsze mozna liczyc. Dlugi spacer, aby przewietrzyc glowe rowniez pomaga. Podobno sport dziala cuda, a endorfiny uwalniajace sie podczas jego uprawiania sprawiaja, ze ludzie bardzo sie odstresowuja. Na razie nie mam w sobie zbyt wiele samozaparcia aby pojsc w tym kierunku ale pracuje nad tym ;) Warto dla zdrowia i figury, ktora po 30. roku zycia zaczyna sie troche zmieniac niestety.

Jak spedzasz piatkowy wieczor?

Tak samo jak inne wieczory w tygodniu, gdyz w sobote musze isc do pracy ;)

Szczescie to…?

Szczesciem dla mnie jest fakt, iz mam zdrowych, kochajacych ludzi wokol siebie, choc w wiekszosci na odleglosc niestey (Skype, mailowanie i inne cuda techniki pozwalaja jednak pozostac w stalym kontakcie). Szczescie poza tym to bardzo subiektywna i ulotna kwestia. Staram sie doceniac to, co mam i nie oczekiwac od zycia zbyt wiele. Oczywiscie pre do przodu i walcze z przeciwnosciami losu, gdy takowe sie pojawiaja, nie po trupach jednak do celu.

Dziekuje Lawendzie za nominacje i zachecam Was w komentarzach abyscie odpowiedzieli na powyzsze pytania. Z wielka przyjemnoscia poznam Was blizej!

Udanego i spokojnego tygodnia!

Wakacyjnych wspomnień czar, cz III

Podczas naszych wakacyjnych wojaży mieliśmy okazję spędzić bardzo upalny i intensywny dzień w Norymberdze. Miasto zachwyciło nas swoją architekturą i generalnie świetną atmosferą. Norymberga za czasów II wojny światowej była bardzo ważnym punktem na mapie nazistowskich Niemiec (przyjaciel mojego męża, który był naszym przewodnikiem tegoż dnia, użył nawet określenia, że było to „ulubione” miasto Adolfa Hitlera). W ponad 90% Norymberga została zrównana z ziemią w wyniku nalotów bombowych 2 stycznia 1945 roku. Te wydarzenia zrujnowały jedną z najstarszych, średniowiecznych zabudów w Europie. Po zakończeniu II wojny światowej Norymberga została odbudowana, a dziś jest jednym z najładniejszych i najbardziej urokliwych niemieckich miast.

Udanej i spokojnej niedzieli!

DSCN4866DSCN4865DSCN4873DSCN4857DSCN4863DSCN4862DSCN4822DSCN4824DSCN4823DSCN4856DSCN4833DSCN4844DSCN4832DSCN4817DSCN4809DSCN4813DSCN4802DSCN4799DSCN4785DSCN4788DSCN4791DSCN4792DSCN4789DSCN4790